Przygodę z Road Maratonem rozpocząłem w tamtym roku, od Klasyku Annogórskiego, a następnie wystartowałem w etapowym Road Trophy. To był jeden z najlepszych wyścigów w jakich brałem do tej pory udział i nawet kraksa na drugim etapie, która wykluczyła mnie z rywalizacji w generalce, nie zadziałała w żaden sposób na moje pozytywne skojarzenia z tamtą imprezą. Tak więc była Anka, było Road Trophy, to teraz kolej na Rajczę. 90 kilometrów po polsko-słowackich Beskidach, 1800m w pionie, 35 stopni w słońcu – tak to można w skrócie opisać.

_DSC0102.JPG

Na starcie stanęło ponad 200 zawodników i zawodniczek. Wyruszyliśmy punktualnie o godzinie 11:00, podążając za autem pilota przez pierwsze 10 kilometrów trasy. Wiedząc że tak będzie, nawet nie robiłem rozgrzewki. Posłużyła mi za nią właśnie ta runda honorowa. Potem nastąpił start ostry i niemal w tym samym momencie nachylenie drastycznie urosło. Rozpoczął się pierwszy podjazd dnia, czyli Przełęcz Kotelnica, na którą wspinaliśmy się na dzień dobry i na do widzenia, bo właśnie tam znajdowała się meta wyścigu. Już od początku tempo zrobiło się mocne i narastało z każdą chwilą. Na czoło wyszedł jeszcze do niedawna jeżdżący w zawodowych grupach Aleksey Kmets (obecnie Team Jas-Kółka) i narzucił swoje warunki. Wytrzymało to raptem kilkunastu zawodników i uformowała się pierwsza grupa, w której oczywiście być musiałem.

_DSC0134.JPG

Kolejne kilometry to następujące po sobie podjazdy i zjazdy. Płaskiego praktycznie nie było. Jechaliśmy równo, ale nie za mocno. Trochę może z respektu do trasy, trochę do pogody, bo było naprawdę gorąco. Na szczęście co chwila mieliśmy wsparcie z wozu technicznego, z którego podawano nam wodę i uzupełniano bidony. Wypiłem w sumie ponad 3 litry płynów na trasie, do tego zjadłem 2 banany, 4 batony i wciągnąłem 5 żeli energetycznych. Początek pętli to wąskie drogi po stronie polskiej, po czym wjeżdżaliśmy na Słowację, gdzie najpierw robiło się szerzej, by zwęzić się ponownie i zamienić w drogę bardziej asfaltopodobną, niż asfaltową. Kilka dobrych kilometrów musieliśmy zmagać się z dziurami, na szczęście droga wówczas była wznosząca, więc prędkość mniejsza, a tym samym łatwiej można było je omijać. Ostatni kilometr tego odcinka, to fragment zdecydowanie najtrudnieszy. Nachylenie mocno urosło i wiedziałem, że gdy będziemy pokonywać ten odcinek po raz drugi, dojdzie tu na pewno do ataków. Już za pierwszym razem, naszą dyspozycję postanowił sprawdzić Błażej Wojciechowski i gdy tylko stromizna zaczęła się zwiększać, podkręcił obroty i stawka nam się porwała. Podzieliliśmy się na chwilę na dwie, może trzy grupki, ale długo to nie trwało i już na zjeździe, wszystko się połączyło. Kolejną pętlę rozpoczęliśmy w tym samym składzie.

_DSC0301.JPG

Pierwszą jej część jechałem dość aktywnie, co jakiś czas wychodząc na czoło i prowadząc grupę, potem jednak, postanowiłem się trochę schować i nabrać sił przed decydującą fazą wyścigu. Dużo piłem, dużo jadłem, porozciągałem trochę mięśnie. W pierwsze szeregi wróciłem wraz ze słabą nawierzchnią, przede wszystkim dlatego, że po prostu lepiej było być w tamtej chwili z przodu i widzieć wszystkie zbliżające się dziury. Do czuba przesunął się również Błażej i było niemal oczywiste że za chwilę, kiedy tylko zrobi się stromo, będzie atakował. Tak też zrobił. Natychmiast na kole usiadł mu Aleksey, a za nim ja. Atak jednak nie trwał długo.. Cały misterny plan Błażeja poszedł w cholerę, razem z powietrzem z jego tylnego koła. To musiało być okropne uczucie i strasznie mu tego współczuję. Wyścig o zwycięstwo toczył się już bez niego. Oderwało nas się czterech. Oprócz mnie i Alekseya, jechał jeszcze Marcin Bartolewski i Mateusz Jegier. Po tej krótkiej, ale dość stromej górce, następował równie stromy, a dodatkowo bardzo wąski i kręty zjazd, gdzie zapoznawszy się z nim na pierwszym okrążeniu, postanowiłem zaryzykować, puścić całkowicie hamulce, podyktować mocne tempo i nie dopuścić, aby ktoś nas jeszcze doszedł. O ile w tamtym roku, na zjazdach traciłem bardzo wiele, to obecnie, jest to jedna z moich najmocniejszych stron. Całkowicie pozbyłem się strachu, nabrałem pewności siebie i nawet niedawny upadek przy ogromnej prędkości na treningu, niczego nie zmienił. Ruszyłem w dół ile fabryka dała, ustanawiając przy okazji KOM ? i jak tylko nachylenie zmalało, nawiązaliśmy świetną współpracę i zaczęliśmy kręcić po równych, bardzo mocnych zmianach. Nie było żadnych szans żeby nas doszli, tym bardziej, że jak się potem dowiedziałem – u nich już się ta współpraca tak dobrze nie układała. Finałowy podjazd rozpoczęliśmy spokojnie. Zaczęło się kalkulowanie. Z moich kalkulacji wynikało, że im wcześniej zaatakuję, tym większe mam szanse na powodzenie. Zrobiłem to, gdy tylko zobaczyłem napis oznaczający 500m do mety. Wstałem w korby i jak to określił później na swoim facebooku Aleksey – ruszyłem jak potwór ? Niestety potwornej mocy nie starczyło mi do końca i ukraiński zawodnik zbliżał się do mnie z metra na metr. Kiedy obróciłem się po raz pierwszy, było ich może ze dwadzieścia.. Za drugim razem może połowę z tego.. Ostatnie metry jechaliśmy już koło w koło.. To był naprawdę szaleńczy finisz! Zdecydowanie najmocniejszy w całej, krótkiej historii moich dotychczasowych startów. Dałem z siebie absolutnie wszystko, jednak to nie wystarczyło i o dosłownie błysk szprychy, lepszy okazał się Aleksey, który również jak ja, na tej finałowej górze musiał wykrzesać z siebie bardzo wiele. Było to widać na mecie.

_DSC0249.JPG

I o ile na mecie zameldowałem się jako drugi, to i tak zostałem zwycięzcą w swojej kategorii i tym samym, otwieram swój dorobek punktowy w górskim cyklu Road Maraton, okrągłą, 100-punktową sumą ?

O następne punkty powalczę już 1 lipca. Wtedy rozegrany zostanie kolejny etap, a będzie to słynna Pętla Beskidzka, czyli najprawdopodobniej najcięższa i najtrudniejsza pozycja w całym szosowym kalendarzu. To tam, na 160-kilometrowej trasie, najeżonej ogromną liczbą podjazdów, o łącznej sumie przewyższeń ponad 3500 metrów, powalczymy ze sobą po raz kolejny i tamtym właśnie wyścigiem, otworzę swoją drugą, zdecydowanie najbardziej intensywną część mojego sezonu.

Do zobaczenia w Wiśle!