IMG_20170520_085355-02.jpeg

Kolejny dzień budzi mnie jeszcze piękniejszą pogodą i pełnym słońcem. Wstaję tuż przed 6, wyspany na maksa i na dobrą sprawę nie wiem co mam ze sobą zrobić o tak wczesnej porze… Coś tam jednak sobie ogarniam i poranek jakoś zlatuje. Wkrótce docierają zamówione już wcześniej paczki – porcja supli od Activlab i przesyłka od TriCentre.pl, w której skład wchodzą kompresy na łydki i uda, oraz zestaw zapobiegawczo-naprawczy do dętek, bo o ile najpewniejszą rzeczą na świecie jest fakt, że kiedyś umrzemy, to najmniej pewną, są dętki. Nie mam do nich przekonania i chyba nigdy nie nabiorę. Tam więc zalewam uszczelniaczem, w kieszeń nabój z końcówką, jeszcze jedna dętka i ruszam na trening. W planie objazd trasy drugiego etapu. Pierwszego nie objeżdżam, bo to 7,5-kilometrowa czasówka, więc zrobię to na rozgrzewkę przed startem, z kolei ostatni, to 6 rund, więc się będę zapoznawał w trakcie.

Etap drugi można nazwać królewskim, z racji na dystans, na przewyższenia i na metę, usytuowaną na ciężkim podjeździe. To tutaj miała ułożyć się klasyfikacja i na ostatnim, zakończonym dziesięcioma płaskimi kilometrami etapie, już się raczej nie zmienić… Teoretycznie 🙂 Początek to zjazd z Dursztyna, następnie Nowa Biała, Trybsz i pierwszy, niezbyt długi, stosunkowo łagodny podjazd. Następnie kilka kilometrów zjazdu i rozpoczyna się najnudniejsza część rundy, czyli przydługi, płaski (początkowo lekko opadający, następnie lekko wznoszący się) dojazd do pierwszej, prawdziwej trudności jaka czeka nas na tym etapie. W międzyczasie, zupełnie przypadkowo spotykam Kubę Huzę (Szosą po Podhalu) i resztę rundy pokonujemy wspólnie. Dwa podjazdy, dwa zjazdy, następnie 1,5-kilometrowy hopek i na szczycie każdy odjeżdża już w swoją stronę.

 cof

W pensjonacie jestem około godziny 20. Niemal w tym samym czasie dojeżdżają kolejni goście – Sławek i Rafał. Nie ma okazji żeby pogadać, bo ja zabieram się za kolację, a chłopaki za rowery i ruszają na Knurów, zobaczyć co ich czeka podczas jutrzejszej czasówki. Poznajemy się nazajutrz, w biurze zawodów, w Nowym Targu. Odbieramy pakiety, w skład których wchodzą numery na koszulkę i na sztycę, bony na posiłki, blankiecik na oscypek i inne talony, koszulka i plecak. Kiedy mamy już wszystko co potrzeba, wracamy razem do Krempach i każdy rozpoczyna ostatnie już przygotowania do startu. W międzyczasie dojeżdża kolejna trójka i mamy już całkiem liczne, kolarskie towarzystwo w pensjonacie.

34027827444_c22339f1ef_k

Start pierwszego etapu zaplanowano na godzinę 15:00. Mój start, to 15:24:30 więc mając do pokonania 9 kilometrów i przynajmniej jeden rozgrzewkowy podjazd na Przełęcz, wyruszam tuż przed 14. Pogoda jest idealna. Ciepło, słonecznie, niemal bezwietrznie. Jadę dość żwawo i z każdym kilometrem coraz szybciej. Wiem, że potrzebuję porządnej rozgrzewki, żeby móc wskoczyć na bardzo wysokie obroty od razu po starcie. Zajeżdżam na miejsce, witam się ze znajomymi, zamieniamy parę słów i szybko rozpoczynam wspinaczkę, żeby zdążyć zjechać przed startem pierwszego zawodnika. Trasa prowadzi po rekordowej pod względem ilości zakrętów drodze. Według oficjalnych źródeł jest ich 44, miejscowi natomiast zapewniali, że dużo więcej 🙂 Faktycznie zakrętów jest mnóstwo! Jeden się kończy i niemal od razu wjeżdża się w następny! Całość liczy około 5 kilometrów, droga jest w świetnym stanie, a widoki z każdym zakrętem robią się coraz piękniejsze. Jadę i korzystając z okazji, cieszę nimi oko, bo podczas próby czasowej, mając czarno przed oczami, takiej możliwości nie będzie 😛 Na szczycie zjeżdżam jeszcze do pierwszego zakrętu w dół, sprawdzam czy będą potrzebne hamulce, stwierdzam że nie i wracam na linię startu.

34831381156_5c1caccecb_k.jpg

20 sekund.. 10 sekund.. 5..4..3..2..1.. I ruszyła pierwsza zawodniczka, a tym samym rozpoczynamy całą zabawę! Wszystko idzie gładko i sprawnie, zawodnicy puszczani są co 30 sekund, w kolejności alfabetycznej.  Robię jeszcze kilka rundek, ostatnia toaleta i podjeżdzam na linię startu. Zero tremy, kompletne wyluzowanie, sędzia odlicza i na jego znak, ruszam na trasę! Początek idę bardzo, ale to bardzo mocno. Prawdopodobnie za mocno. 30-32km/h przez pierwsze kilka minut i prawdopodobnie jakieś 450-500W generowanej mocy. Pierwszego zawodnika mijam, zanim jeszcze zdążył się porządnie rozpędzić, potem stopniowo rozprawiam się z kolejnymi. Niestety ta szarża na początku kosztowała mnie wiele i zapłaciłem za to w końcówce. Ostatni kilometr pojechałem w tempie podobnym jak na rozgrzewce, a więc zdecydowanie za wolno. Mimo to, na szczycie melduję się z 8 czasem open, co jest bardzo dobrym wynikiem. Po wspinaczce, czeka mnie zjazd. 2,5 kilometra w dół, początkowo kręte, a następnie długa prosta na metę. Niestety nie udało mi się połknąć zawodnika, do którego zbliżałem się bardzo szybko przed szczytem, przez co straciłem na zjeździe kilka, jak nie kilkanaście cennych sekund. Gość jechał mocno asekuracyjnie i przed każdym zakrętem zwalniał niemal do zera.. Wyprzedzenie na takich łukach nie wchodziło w grę, więc nie pozostało mi nic innego, jak przeklinać go w myślach 🙂

34060329643_48c8c0fd56_k.jpg

Na mecie melduję się z 12 czasem open i 8 w swojej kategorii, ale różnice są minimalne. Miejsca 7-12 zamykają się w 3 sekundach i poza nieosiągalnym Piotrkiem Tomaną z Gatta Bike-RS, oraz rewelacyjnymi tego dnia Maćkiem Habratem z 72d Windsport i Patrykiem Wójcikiem z Inmogilany Cycling Team można powiedzieć że reszta czołówki wypadła niemal remisowo. Meta i całe miasteczko zawodów znajdowało się na terenie obiektu sportowego w Ochotnicy. Atmosferę jaka tam panowała, można określić słowem kolarsko-góralski piknik.  Zawodnicy wylegujący się na leżakach i na trawie, ognisko, grill, oscypki, owoce, regionalne wypieki, do tego góralska muzyka, rozgadany spiker, wyniki live na dużym ekranie i cały czas dojeżdżający zawodnicy. Klimat po prostu rewelacja!

34027029774_7819b4f0b9_k

34059776393_5f6ac9e2e5_k

34738907411_88d45f1405_k

34870235275_afe1e9800f_k

Tuż przed 17:00 linię mety przekroczył ostatni na liście zawodnik, a godzinę później, dając wszystkim czas na zjedzenie, doprowadzenie się do ładu i prysznic, odbyła się uroczysta dekoracja. Nagradzano klasyfikację generalną, górską, kategorie wiekowe, najlepszego zjazdowca, wręczono piękne puchary, a Piotrek Tomana zgodnie z przewidywaniami założył żółtą koszulkę lidera. Po imprezie wszyscy rozjechali się w swoje strony, by spotkać się ponownie nazajutrz, na starcie drugiego etapu, w Dursztynie.

34026852894_fa0c0f7a9d_k

Sobota wita nas jeszcze piękniejszą pogodą! Jest niemal bezchmurnie i bardzo ciepło, więc warunki do jazdy idealne! W pensjonacie już przed 5 rano słychać pierwszych wyspanych. Ja pobudkę zaplanowałem na 7:30, jednak nie śpię już od 6. Nie dlatego że nie mogę, a dlatego że wysypiam się tu tak dobrze, jak nigdzie indziej. Śniadanie jem o 8:30, bo start mamy o 11. Dwie i pół godziny, to dla mnie optymalny czas między posiłkiem a zawodami, jednak zawsze, na około pół godziny przed, dorzucam jeszcze banana i na kilka minut – żel energetyczny. Kilka kolejnych pakuję w kieszeń, do tego batony, w bidonach izotonic i bcaa i tak wyposażony, mogę mieć pewność, że prądu mi nie odetnie.

IMG_20170520_092817-02.jpeg

Na start wyruszam kilkanaście minut przed 10. Mam tam raptem 3 kilometry, ale lubię być wcześnie, żeby nie spieszyć się z rozgrzewką, lub jak niektórzy – w ogóle jej nie zrobić. Na miejscu jest już co najmniej połowa startujących. Część wypakowuje się z aut i przygotowuje rowery, inni już jeżdżą, a reszta dociera w międzyczasie na miejsce. Organizatorzy uwijają się z ostatnimi przygotowaniami, strażacy wypłukują piasek i kamienie z jezdni, jednym słowem – każdy szczegół dopieszczony na maksa.

34880158305_3f78db5660_k

34716914262_be61370e6d_k

34069514363_16e8840cf2_k

Gdy już wszystko i wszyscy gotowi, a na zegarze prawie 11, zaczynamy się ustawiać na starcie. Ostatnie pogawędki, zdjęcia, życzenie sobie powodzenia, kilka słów od Krystiana Piróga, sygnał startera i ruszamy! Pierwsze kilka kilometrów to start honorowy. Zjeżdżamy do Krempach w asyście pilota i tam następuje już start ostry. Pierwsze kilometry mijają spokojnie. W zasadzie to cała pierwsza część wyścigu. Oprócz jakichś pojedynczych prób odjazdu, jedziemy całą grupą i przez długi czas nic się nie dzieje. Myślę że większość zdawała sobie sprawę, że najtrudniejsze będzie ostatnie 30 kilometrów, gdzie czekają nas trzy ciężkie podjazdy, więc nikt nie szarżował i wszyscy oszczędzali energię na decydujące momenty.

34880107835_96df9f4481_k.jpg

W międzyczasie udaje się odjechać jakiejś małej grupce. Nawet nie wiem ilu ich było.. Może trzech, może czterech, w każdym razie wchłaniamy ich na pierwszym podjeździe, po słowackiej stronie, a ostatniego ze śmiałków kasuję osobiście, prowadząc grupę na ostatnim kilometrze przed przełęczą. Na szczycie umiejscowiona jest pierwsza premia górska drugiej kategorii, więc na kilkadziesiąt metrów przed, następuje zryw, dźwięk zrzucanego przełożenia i rozpoczyna się walka o pierwsze punkty w klasyfikacji najlepszego górala. Wygrywa Piotrek Tomana, przed Mateuszem Karkulą i Maćkiem Habratem. Wystarczyło dosłownie kilkadziesiąt metrów, żeby stawka się porwała i rozciągnęła, ale na zjeździe wszystko się łączy i niedługo potem, znów jedziemy dużą grupą.

34493377660_f7f566acb0_k.jpg

34840217006_b28b7391a9_k.jpg

Kolejne kilka kilometrów to spokojna, lekko pofałdowana droga, prowadząca przez najdłuższą wioskę na Słowacji – Osturnię (7km). Właśnie tam, dochodzi do pierwszych ataków. Na solową akcję decyduje się Marek Stram z Retro Bike Academy, a po chwili doskakuje do niego Piotrek Szafraniec z Trek Velonews.pl. Przez chwilę zastanawiam się, czy nie pójść za nimi, gdyż prawdopodobieństwo że zostanę puszczony jest duże, jednak ostatecznie rezygnuję z tego pomysłu. Dwójka odjeżdża, a my jedziemy spokojnie, całą szerokością jezdni, rozmawiając, jedząc i pijąc, generalnie następuje chwila odpoczynku i ładowania akumulatorów. Można powiedzieć że to taka trochę cisza przed burzą, bo podjazd, który czeka nas już za chwilę, to premia górska pierwszej kategorii i największa trudność na trasie drugiego etapu. Mowa o Łapszance. 3 kilometry ze średnim nachyleniem 7%, z czego pierwsze 1200 metrów to 11-procentowa ścianka i podobnie wygląda ostatnie pół kilometra. Burzy jednak nie ma, nikt nie szarpie, nikt nie skacze, więc na kolejną premię górską, wjeżdżamy dość liczną grupą. Na szczycie znajduje się bufet, gdzie do wyboru mamy wodę, colę, bidony z izotonikiem, banany i bułki słodkie, więc każdy może chwycić w biegu to, na co tylko ma ochotę. Obsługa jest bardzo liczna, działają super sprawnie i wszyscy chętni zostają ekspresowo obsłużeni. Dojeżdżając do strefy krzyczę „bidon” i po chwili mam już w ręce pół litra izotonika, które wrzucam do koszyka i ruszam w dół, bardzo stromym, jednak prostym i dość łatwym technicznie zjazdem.

34747556871_4cb74efa49_k.jpg

Po zjeździe odbijamy w prawo i rozpoczynamy drugą rundę. Najbliższe kilkanaście kilometrów, to płaski odcinek, więc co chwila dochodzą kolejne grupki kolarzy, którzy na podjazdach stracili do nas dystans. Wkrótce jest nas już bardzo dużo, więc trzeba się pilnować, aby być z przodu, bo jak wiadomo, im większa grupa i im dalej z tyłu, tym niebezpieczniej. Co chwila mijamy jakieś wysepki, ronda i progi spowalniające i aby uniknąć niespodzianek, każde przyhamowanie w czubie, kończy się głośnym „uwaga!” przekazywanym słownie, jeden przez drugiego aż na sam koniec peletonu. Po przejechaniu przez kilka miasteczek, wjeżdżamy znów na terytorium Słowacji i jedynie długa, lekko wznosząca się prosta, dzieli nas od decydującej fazy wyścigu, która powinna się zacząć u podnóża trzeciej premii górskiej w Spisskich Hanusovicach. Z przodu cały czas dzielnie kręci dwójka uciekinierów, których na tym długim, prostym odcinku, w końcu możemy dostrzec. Tempo mamy równe, nie za mocne, ale takie, które pozwala nam utrzymać dystans i mieć ich na przysłowiowym widelcu. Już za chwilę rozpoczynamy podjazd. Dwa dni wcześniej, gdy jechałem tędy z Kubą Huzą, rozmawialiśmy o tym, co się może wydarzyć na tych dwóch premiach. Gdy zapytałem, czy to tutaj pójdą decydujące ataki i czy mam być na to przygotowany, odparł że nie, dopiero na Łapszance. I miał 100% racji. Trzeci konkretny podjazd tego dnia i trzeci zupełnie bez historii. Poza kilkoma skokami przed kreską na premii, wjechaliśmy to bez większego zapieku. Wszyscy ewidentnie czekają na końcówkę. No to ja też czekam. Ale Patryk Wójcik nie czekał. Wystrzelił jak z procy i niemal kopiując ruch Marka Strama z poprzedniej rundy, pocisnął samotnie wzdłuż zabudowań Ostrurni. Tym razem nikt nie doskoczył, bo o ile na pierwszym, na drugim i na trzecim podjeździe, nic się nie działo, to było pewne, że na czwartym będzie się działo poczwórnie i lepiej zachować na to energię. Ostry zakręt w prawo, zwężenie drogi, nachylenie na maksa w górę i rozpoczynamy mimo że nie finałową, to najprawdopodobniej decydującą wspinaczkę dnia. Zadbałem o to, żeby być na jak najlepszej pozycji i wjeżdżam w zakręt jako pierwszy. Obok mnie jedzie Piotrek Tomana i już po chwili wychodzi na czoło. Może to oznaczać tylko jedno – szykuje się rzeź niewiniątek. I tak właśnie się dzieje. W mgnieniu oka, zostaje nas raptem kilka osób. Za Piotrkiem jadę ja, Marek Wojnarowski, Maciek Habrat (obydwaj 72d Windsport), Robert Bobka (Nowotarski Klub Kolarski), Michał Bogdziewicz (Apteka Gemini) i Marcin Kobiałka (Ośka Warszawa). Tempo jest zawrotne. Na 12-procentowej ścianie jedziemy ponad 16km/h! Dla porównania, jadąc tu dwa dni wcześniej kręciłem z prędkością dokładnie o połowę niższą…

34879580725_04d9d11728_k

Tuż przed „wypłaszczeniem” dochodzimy Patryka, wkrótce również zostaje wchłonięta dwójka, uciekająca całą poprzednią rundę, a w międzyczasie Piotrek odrywa się od reszty. Końcówka podjazdu to już walka o przetrwanie.. Każdy jedzie swoje, a grupa zaczyna nam się dzielić. Z przodu samotnie jedzie Piotrek, następnie dwójka z 72d, utrzymujący się Patryk, Michał, Robert, Marcin i ja. Wszystko się porwało i na premie wjeżdżamy w kilkusekundowych odstępach. Tutaj właśnie popełniam swój pierwszy błąd, a mianowicie postanawiam zwolnić, złapać oddech, bidon i banana. Nie zdaję sobie sprawy, że o ile na podjeździe był ogień, to zjeździe pójdzie jeszcze większy! W końcu się zorientowałem i ruszam w pogoń. Na początku zjazdu dochodzę Marcina i we dwójkę ciśniemy po zmianach. Mimo że jedziemy na maksa, to grupa wydaje się oddalać z każdą chwilą.. 6-kilometrowy odcinek między Łapszanką, a Łapsze Wyżne pokonujemy w niespełna 4,5 minuty, co daje średnią 60km/h.. Droga cały czas prowadzi lekko w dół. W końcu następuje wypłaszczenie i po chwili dojeżdżamy do skrzyżowania, na którym odbijamy już w kierunku mety. Kilkaset metrów i rozpoczyna się 1,5-kilometrowy niezbyt stromy, ale po kilku godzinach ścigania, dający nieźle w kość podjazd. I tutaj popełniam swój drugi błąd, który tym razem kosztuje mnie bardzo wiele. Zamiast zrzucić z płyty jeszcze na płaskim, robię to w momencie, kiedy nachylenie drastycznie wzrasta, na dodatek naciskając cały czas mocno na pedały.. Łańcuch spada z zębatek i blokuje się przy mufie suportu… Przez chwilę próbuję zarzucić go manetką, jednak nie daję rady i jestem zmuszony się zatrzymać. Jeśli miałbym wybrać najgorsze 100 metrów na przestrzeni całych 118 kilometrów wyścigu, gdzie mogłoby mi się to przytrafić, to byłoby właśnie tutaj. Szaleńcza pogoń już praktycznie zakończona sukcesem, grupa na wyciągnięcie ręki, dosłownie kilka chwil i jechalibyśmy razem, a tu takie coś.. No trudno.. Nie panikuję, szybko zsiadam, kilkanaście sekund zajmuje mi wyszarpnięcie zablokowanego łańcucha, następnie zakładam go na zębatkę, po czym wpinam się w bloki i w tym momencie łapie mnie potężny skurcz w łydce. Do tej pory nie wiem, jak się go pozbyłem, bo mimo że był to jeden z tych skurczy, które jak chwycą, tak się od razu upada, to puścił w mgnieniu oka..  W końcu ruszam. Na szczycie jakiś kibic krzyczy, że mam 40 sekund straty. 40 sekund to niewiele. Do mety jakieś 10 kilometrów, z czego 7 po płaskim. Myślę sobie „grupa się uspokoi i ich dojdę”.. Nic z tych rzeczy! Nikt nie miał zamiaru się uspokajać, a na pewno nie chłopaki z 72d… Był skok za skokiem, rwanie, ataki i ciągłe próby urwania lidera. To wszystko działało bardzo na moją niekorzyść. Po kilku kilometrach samotnej jazdy, w końcu dostrzegam za sobą kolejną grupkę i zrezygnowany, postanawiam na nich poczekać. Dojeżdżamy wspólnie do finałowego podjazdu, gdzie od początku narzucam swoje tempo. Trochę odpocząłem i próbuję jeszcze maksymalnie zniwelować straty. Pod górę daję z siebie niemal wszystko. Od czasu do czasu proszę o zmianę, ale nikt się specjalnie nie kwapi, a gdy już ktoś wyjdzie, tempo spada i muszę wracać na czoło. Ostatnie kilkaset metrów to masowy sprint w wykonaniu reszty mojej grupy. Ja nie finiszuję. Nie mam już siły i po części trochę ochoty. Wjeżdżam na metę przybijając piątki góralkom i pierwsze co robię, to łapię za telefon, żeby sprawdzić wyniki i swoją stratę. Jest duża.

18558569_467237426957315_2633690812407414723_o

Trochę zmęczenie, trochę złość, ale na pewno wielki zawód. Takie były moje uczucia na mecie. Mnóstwo wysiłku poszło na marne przez jedną sytuację, która nie powinna się wydarzyć. Do zwycięzcy straciłem 2 minuty, ale to, co mnie interesowało najbardziej, to strata do trzeciego w mojej kategorii. Rozpoczynając rywalizację pierwszego dnia, za cel obrałem top10 open i taki wynik uznałbym za bardzo dobry, jednak moja dzisiejsza, bardzo dobra jazda, sprawiła że ambicje urosły i zdałem sobie sprawę, że będąc w takiej dyspozycji, jestem w stanie o to podium powalczyć. Niestety 1:34 do trzeciego w klasyfikacji Marcina Kobiałki, to różnica teoretycznie nie do odrobienia na ostatnim, zakończonym finiszem sprinterskim etapie.

34035809224_48ee6ae3ac_k.jpg

Tradycyjnie, po zakończeniu rywalizacji, rozpoczął się kolarski piknik. Leżakowanie, pyszne jedzenie, kawka, rozmowy o wydarzeniach na trasie, wymiana wrażeń – dzięki temu szybko zapomniałem o dzisiejszym niepowodzeniu i wspólnie z innymi uczestnikami wyścigu, cieszyłem się chwilą i delektowałem tą niepowtarzalną atmosferą.

34879130515_dfe864bd82_k

34879133965_27940f6321_k

34492582070_235cc1276e_k

34879103795_59d3f1900e_k

34839206286_0e22d29878_k

Reszta popołudnia zleciała na wspólnym oglądaniu Giro w pensjonacie i wymianie wrażeń z trasy dzisiejszego etapu. Wieczorem obfita kolacja, przegląd roweru i długie leżenie brzuchem do góry, z kompresami na nogach i rozmyślając co tu jutro zrobić, żeby namieszać w tabelach.. Opcje były dwie. Liczyć na to, że od pierwszego podjazdu pójdzie taki ogień, że wyżej sklasyfikowani strzelą, a ja to przetrzymam, pójdzie odjazd i powiększając swoją przewagę dojedziemy do mety (opcja mało prawdopodobna), lub wziąć sprawy w swoje ręce i samemu taki odjazd zainicjować w mało oczekiwanym momencie, liczyć na towarzystwo, najlepiej mocne po płaskim, niezbyt liczne i mające swoje interesy w odjeździe, zakładając że peleton to odpuści choćby na chwilę (ze względu na ogromną ilość czynników, opcja równie mało prawdopodobna). Korzystając z okazji, że lider wyścigu mieszkał z nami pod jednym dachem, następnego dnia, przy śniadaniu poruszyłem temat rozgrywki taktycznej na trzecim etapie i zasugerowałem Piotrkowi, że może by tak to wszystko spróbować rozerwać już na początku. Oczywiście miałem w tym swoje intencje, ale z drugiej strony, taki rozwój wydarzeń działał na korzyść ogółu, głównie ze względu na niebezpieczny, bardzo wąski, stromy i kręty zjazd z premii górskiej, który zdecydowanie bezpieczniej byłoby pokonywać w małej, kilkuosobowej grupie. Ogólnie pojedli, pogadali, przeanalizowali i w końcu nadszedł czas szykowania się do startu.

34040805244_2546b773a7_k

Start przewidziano na godzinę 11:00 a wszystko miało się odbyć na stadionie w Nowym Targu. Pogoda niestety uległa drastycznemu załamaniu i z 20-kilku stopni zrobiło się zaledwie klika. Na szczęście przewidziałem taką ewentualność i zabrałem ze sobą kilka zestawów ciuchów, na różne warunki. Na miejsce dojeżdżamy około pół godziny przed startem. Zabrałem się autem, z sąsiadem Wojtkiem, bo kilkanaście kilometrów dojazdu w takim chłodzie, do najprzyjemniejszych by nie należało. Parkujemy tuż przed stadionem, wyciągam rower i od razu zaczynam rozgrzewkę. Jeździmy oczywiście po bieżni, w kółko. Wkrótce ustawiamy się na linii startu, szybka odprawa i ruszamy całą kolumną, przez wąskie uliczki Nowego Targu. Tuż za miastem następuje start ostry i od razu wyścig wskakuje na bardzo wysokie obroty.

34752158941_05f1c411e9_k

Gaz idzie od początku i można by pomyśleć że ma to związek z pogodą i że wszyscy chcą się po prostu szybko rozgrzać 🙂 Jeśli tak, to zamierzony efekt zostaje osiągnięty, bo bardzo szybko robi mi się gorąco 🙂 Idą również pierwsze akcje, które jednak szybko zostają skasowane. Zacząłem trochę za bardzo z tyłu i dojście do czuba zajmuje mi niemal całą pierwszą rundę. W międzyczasie pokonujemy pierwszy z sześciu przewidzianych na dziś podjazdów, na którym stawka rozciąga się bardzo mocno, jednak nie rwie. Na zjeździe wszystko się łączy, chwila spokoju i mam w końcu okazję żeby zająć miejsce w pierwszych szeregach.

34073223453_15238c33d6_k

Nie wiem kiedy to się stało, ale odjechało około 5-6 zawodników, wśród których dostrzec można było żółtą koszulkę lidera.. Pomyślałem sobie „hmm, fajnie, lider odjechał, tak jak to sobie wymyśliłem, tyle że mnie tam nie ma..”. Jednak może i dobrze że tak się stało, bo po pierwsze – miałem okazję się przekonać jak peleton jest w stanie się zawziąć, żeby tylko nie puścić odjazdu z liderem i skasować go raz dwa, a po drugie – po kilku groźnych odjazdach, które zazwyczaj zostają szybko zlikwidowane, często następuje następuje jeden niepozorny, który okazuje się być skutecznym i tutaj właśnie postanowiłem poszukać swojej szansy.. Dosłownie w jednej chwili, gdy naszliśmy grupę lidera, zdecydowałem się na skok. Zrobiłem to z rozpędu, mijając Piotrka i spółkę, nie zwalniając i nie oglądając się za siebie, tak, że niekoniecznie musiało to wyglądać na odjazd. W każdym razie nie sygnalizowany. Po kilku chwilach obejrzałem się za siebie i faktycznie, zostałem puszczony. Grupa jechała szeroko i nikt się nie pokwapił, żeby ruszyć w pogoń. Przestałem się więc obracać i zacząłem jeszcze bardziej dokręcać, powiększając stopniowo swoją przewagę.

34720520162_dc5fbb612b_k

Pierwsza część planu B powiodła się. Teraz pozostało liczyć na wsparcie, a czekać długo nie musiałem. W okolicach premii dołączył do mnie Piotrek Szafraniec, ewidentnie mający ochotę na zwycięstwo w klasyfikacji górskiej, następnie Krzysiek Tracz, Marcin Ziemianek (obydwaj Veloart), Mateusz Poręba (Gatta Bike-RS) i Tomasz Majewski (Retro Bike Academy). Mijający mnie Marcin krzyknął mi „jedziemy na generalkę!” i rozpoczęliśmy naprawdę mocną, świetnie układającą się współpracę. Wszyscy, oprócz Mateusza, który miał za sobą lidera, więc z wiadomych względów nie włączał się do zmian. Początkowe kilka kilometrów to ciągłe oglądanie się za siebie, czy jadą, czy zbliżają się i czy ktoś próbuje doskoczyć, jednak peleton zniknął. Widzieliśmy się tylko w jednym miejscu na trasie. Podczas wspinaczki pod Pyzówkę, w połowie drogi, następował ostry zakręt w prawo. W momencie gdy my się tam znajdowaliśmy, grupa zbliżała się do podnóża. To był taki trochę punkt odniesienia i z każdym okrążeniem peleton był coraz dalej!

34040361604_b9977fd294_k

34040363744_79a75caba7_k

Oprócz tego, mieliśmy również informację live od Krystiana Piróga, który co okrążenie podawał nam różnicę dzielącą nas, od grupy zasadniczej. Na początku było to 50 sekund, następnie 1:30, 1:50, a gdy wjeżdżaliśmy na piątą rundę, przewaga wynosiła aż dwie i pół minuty! W tym momencie było już pewne że nas nie dogonią, ale tak naprawdę nie to miałem wówczas w głowie i nie o to grałem. Stawką była klasyfikacja generalna i przewaga jaką musieliśmy dowieźć wynosiła dokładnie 1:35… Na ostatnim okrążeniu zacząłem kalkulować. Trzeba było wziąć wszystkie ewentualności pod uwagę i jedną z nich była różnica na mecie mniejsza niż 1;35 i przegrany finisz z 6-osobowej ucieczki. W takim wypadku zostałbym zupełnie z niczym, co było absolutnie nie do zaakceptowania. Zachowałem jeszcze całkiem sporo sił, dodatkowo, miałem świadomość, że w tej grupie pod górę jestem najmocniejszy, więc postanowiłem zaryzykować i spróbować odjechać na ostatnim podjeździe. Wspinając się tam z chłopakami już czterokrotnie, zauważyłem, że gdy tylko narzucę swoje tempo, część z nich zaczyna mieć problemy, tak więc rozpoczynając ostatnią wspinaczkę, wyszedłem na czoło i depnąłem tyle, ile mi zostało w nogach. Urwałem wszystkich. Jadąc dalej już nie kalkulowałem, tylko szedłem na maksa. Na zjeździe ryzykowałem, po zjeździe kręciłem ile sił w nogach. Coś tam jeszcze miałem.

34040204924_0c5ca489d5_k

Po kilku kilometrach dojechał do mnie Krzysiek, a niedługo potem Marcin. Oderwali się od reszty i we trójkę rozpoczęliśmy ostatnie kilka kilometrów. Po płaskim chłopaki szli jak źli! W dół trzeba było dokręcać mocniej niż pod górę i były momenty że ledwo utrzymywałem koło.. To była naprawdę szaleńcza jazda! W pewnej chwili nastąpiło małe zamieszanie przy zmianach i prowadzący Krzysiek, dość przypadkowo uzyskał kilka metrów przewagi. Marcin zauważywszy chwilę mojego zawahania krzyknął „jedź!”, Krzysiek pojechał, a ja za nim w pogoń! Do mety były jakieś 2-3 kilometry. Droga prowadziła już ulicami miasta, a my ścigaliśmy się jak szaleni. W pewnym momencie już go praktycznie złapałem, ale gdy tylko zaczęły się ostre i wąskie zakręty, przewaga znów zaczęła rosnąć. Na koniec jeszcze Marcin wyszedł mi z koła i w takiej kolejności wjechaliśmy na metę.

18671372_467686593579065_1476299609477076767_o (1)

Nie myślałem wówczas ani o tym, że dojechałem w trójce, ani o tym, że wygrałem kategorię, w głowie miałem tylko jedno – sekundy. Chwilę po tym, jak tylko peleton wpadł na stadion, pobiegłem do namiotu Timedo, gdzie można było sprawdzić aktualne wyniki. Szybka weryfikacja czasów, mam swój, mam czas grupy i po chwili już wiem, że mam upragnione podium w klasyfikacji generalnej! Początkowo miało być miejsce trzecie, ale Marcin Habrat, zajmujący pozycję wice lidera, niestety uległ wypadkowi podczas zjazdu z Pyzówki, nie ukończył wyścigu i nie został sklasyfikowany.

Trochę to trwało zanim dotarło do mnie, że ta szaleńcza akcja naprawdę się powiodła i że wspólnymi siłami wywróciliśmy klasyfikację generalną do góry nogami. Rozmowom i opowiadaniom nie było końca. Tak samo jak gratulacjom, które przyjmowałem i które były chyba najprzyjemniejszym akcentem tego całego dnia. No.. może poza buziakiem od nowotarskich modelek, stąpających na codzień po mediolańskich wybiegach 😀

34719694402_3b28fd4a3c_k

34843208396_aa8f129a2f_k

34751091401_826e4d57cd_k

34882780355_9ad6a9ea87_k

34072100993_cf0b248701_k

34719509592_e7a86f49e0_k

34495977900_76567fa679_k.jpg

Takich trzech, jak ich dwóch, nie ma w całej Polsce! Cezary Szafraniec, Krystian Piróg i cała ekipa tworzą coś niesamowitego i tutaj po prostu trzeba być i w tym uczestniczyć! Cała impreza to wzór do naśladowania i aż się prosi, żeby było takich więcej. Te trzy dni ścigania zapamiętam na bardzo długo, nie tylko ze względu na jak do tej pory największy, w mojej dwuletniej przygodzie z rowerem sukces, ale przede wszystkim na oprawę, atmosferę, specyficzny charakter wyścigu wieloetapowego, poziom sportowy i organizacyjny, oraz niepowtarzalny podhalański klimat. W imieniu swoim i wszystkich uczestników dziękuję i proszę o więcej!

Michał Fonał